niedziela, 24 stycznia 2016

Rozdział 1 - Ucieczka nie jest rozwiązaniem...

Blady świt. To pierwsze co zauważałem każdego ranka od momentu trafienia tutaj. Szpitalne, gołe i szare ściany otaczały nas z każdej strony. Dzień w dzień ta sama rutyna, od której ciężko było uciec. Oddalić się myślami.... odpłynąć. Otwierając oczy, budząc się w tych zamkniętych pomieszczeniach czułem się jak zwierze. Jak nic nie warty, ludzki śmieć, którego nikt już na tym świecie nie potrzebuje, a jedynym celem tego całego "zamykania nas tutaj" był fakt, że jeszcze do czegoś możemy się nadać. Naszą sytuację równie dobrze można było porównać do sytuacji zwierząt wywożonych na rzeź. Męczone, katowane i chociaż jesteśmy ludźmi to jednak nikt nie dba o nasze dobro, o nasze zdrowie. To czy umrzemy dzisiaj, jutro czy za tydzień jest im kompletnie obojętne. To też żaden naukowiec nigdy nie zdecydował się gonić za uciekinierami dalej niż obejmują wysokie mury odgradzające labolatoria od rzeczywistości. Dlaczego? Strach. Wszyscy tutaj pogrążeni są w głębokim strachu i to nawet ci, którzy tutaj nas wszystkich pozamykali. Niby jesteśmy teraz w szczelnie pozamykanych pokojach. Dla nas... klatach. Powiedziano nam, ze spokojnie możemy poruszać się bez masek, a tutaj nic nam nie grozi. Gówno prawda. Oni wszyscy są równie zakłamani co ta parszywa rzeczywistość, którą próbują nam usilnie wpoić do głów. Niby dlaczego oni wszyscy chodzą w maskach? Nie zdziwiłbym się, gdyby nawet w nich spali. [...]
    Leniwie zsunąłem patykowate, blade nogi. Moje stopy dotknęły zimnej, kafelkowej podłogi, a wraz zetknięciem przeszedł mnie dziwny dreszcz. Patrzenie na to wszystko przysparzało tylko kolejnej dziury w psychice. Nie zwariować tutaj to jest istny wyczyn! Już mi wszystko jedno. Mój umysł, moje wnętrze jest tak wyprane z wszystkich emocji i odczuć, że mógłbym nawet teraz umrzeć i pewnie nie zorientowałbym się, że to właśnie następuje dopóki moje oczy powoli nie zaczęłyby się zamykać... powoli.... monotonnie....
-Harumi... Ha-ru-mi.....
Bębniący w głowie głos nagle stał się rzeczywistością. I wszystko stało się jaśniejsze. Marzenia o tym jak pięknie musi być na tamtym świecie zostawiłem za sobą by teraz z lekkim niezrozumieniem spojrzeć na bliźniaka. Stał tuż przede mną, wpatrywał się jakby to pierwszy raz w życiu ujrzał mnie na oczy. Spojrzałem w lewo, potem w prawo by znów skupić całe spojrzenie na postaci młodego mężczyzny.
-Znowu odpłynąłeś! - krzyknął na mnie jakby z wyrzutem. Wiedziałem, że nie jest zły, a jego krzyk spowodowany jest jedynie troską. Chciał mnie wyciągnąć z transu, w który ostatnio bardzo często zdarzało mi się popadać. To stawało się wręcz niebezpieczne. - Przestań mnie tak straszyć, bo kiedyś jak nie będziesz reagował to strzele ci w pysk. - odsunął się o krok do tyłu, jednak jego wzrok wcale nie zmieniał toru. Był tak przenikliwy. Miałem wrażenie, że zaraz wywierci mi dziurę w czaszce. Zamrugałem kilkakrotnie tak, by w końcu zacząć myśleć i widzieć normalnie. Takie odpływanie we własne myśli robiły ze mną coś niedobrego. Brat widząc mój lepszy stan psychiczny, chwycił mą bladą dłoń i pociągnął wzdłuż wąskiego korytarza. Był... szary - tak jak wszystko tutaj. Tak jak wcześniej wspomniałem: nasza codzienność wyglądała zawsze tak samo. Wstawanie, jedzenie śniadania, siedzenie przez cały dzień w labolatoriach lub w malutkim pomieszczeniu, wracanie, kolacja i spać. Nic się nie zmieniało od 2 lat. (bo siedzimy tutaj właśnie tak długo) Dzisiaj miało być inaczej. Planowaliśmy....wróć... Kenji planował to przez kilka naprawdę długich miesięcy. Rozpatrzał wszelkie za i przeciw, które ewentualnie mogłyby nam przeszkodzić. Ucieczka z tego strasznego miejsca nie była wcale taka trudna. Nikt nie zaoferował się pilnowaniem, czy czasem żaden rozwydrzony bachor nie ma zamiaru stąd zbiec. To po prostu jedna, lub dwie gęby do wykarmienia mniej. Tak samo my jak i oni zdawali sobie sprawę, że wyjście stąd to jak świadomy wyrok śmierci na własnego siebie. Mimo wszystko zawsze warto spróbować. I tak wcześniej czy później tutaj umrzemy, a jak nie tutaj to tam na zewnątrz. Pewnie nie jesteśmy pierwszymi, którzy stąd mają zamiar uciec, ale czy ktoś komu już się udało.... przeżył? Tego trzeba się dowiedzieć [...]
    Powolutku zbliżał się wieczór. Dokładnie godzina 18. Z racji tego, że jest lato to jeszcze było całkiem widno. Właściwie prawie tak jakby to była godzina 14. Mój drogi braciszek poczynił już wszystkie przygotowania. Był taki podekscytowany. Patrzenie na niego w tym momencie to był jedyny uszczęśliwiający mnie widok. Tak naprawdę.... od zawsze byłem wpatrzony w niego jak w obrazek, i nie było dnia, w którym mógłby oderwać od niego wzrok. To było jak takie malutkie światełko w tunelu, które nie pozwalało mi zasnąć na wieki. Gdyby nie on to pewnie dawno już bym się poddał. Straciłbym ostatnie chęci do życia i po prostu się poddał....
-Haru.... - szepnął próbując wleźć na wysoko osadzone okno. - Mógłbyś mi pomóc.... ehh... mam wrażenie jakbym to tylko ja chciał stąd uciec, bo jak na razie to ty tylko siedzisz i wpatrujesz się we mnie. Oczami mnie nie podsadzisz! - chyba delikatnie się zirytował. Wyrwany z kolejnego transu głębokiego myślenia, natychmiast podniosłem się z pozycji siedzącej.
-Ucieczka wcale nie jest rozwiązaniem wszystkich problemów. - westchnąłem już nieco bardziej żywiej. Taaaaak, przez ostatnie godziny wydawało mi się jakby uleciało ze mnie życie, bo nawet się dzisiaj mało odzywałem do kogokolwiek. Moje podsumowanie chyba nie za bardzo nam pomogło, bo tylko jeszcze bardziej zdenerwowało Kenji'ego. No co poradzę... nie będę przed nim niczego ukrywał, a tym bardziej tego, że nie za bardzo wierzyłem w fakt, iż nam się to wszystko uda. Musielibyśmy być niezłymi farciarzami. Nie minęło nawet 15 minut kiedy to już oboje byliśmy poza naszym dotychczasowym miejscem zamieszkania. Sam byłem zdziwiony, że jeszcze posiadam tyle siły by udźwignąć masywniejszego brata bliźniaka. Wyczyn. Zaraz potem dostałem do ręki czarną tlenowa maskę, którą zwykle dostawaliśmy kiedy trzeba było wyjść. Zazwyczaj to wyjście to było przemieszczenie się z "więzienia" do labolatorium. Sądząc po minie szarookiego, mogłem stwierdzić, że nasze emocje co do tego wypadu były skrajnie różne. Obawiałem się. Ukrywałem strach i przerażenie. Moje nogi, ręce... wszystko powoli odmawiało mi posłuszeństwa. Cofnąłem się o krok do tyłu pierwszy raz mając tak wielkie wątpliwości. Moje plecy zetknęły się z płaską powierzchnią ściany, a wzrok bezwzględnie został utkwiony w podłogę.
-Boisz się? - głupio zadane pytanie padło zaraz po tym kiedy czarnowłosy zbliżył się do mnie i złapał mnie za łapkę. Zupełnie inaczej niż dzisiaj rano. - Ja też, ale to jedyny sposób, żeby się od tego uwolnić. Sam powiedziałeś, że ucieczka od problemu to nie rozwiązanie, ale ja właśnie chce się z tym zmierzyć. - kończąc swoje zdanie przysunął się jeszcze bardziej przystawiając swoje czoło do mojego. Przymknął na moment oczy przez co ja zrobiłem dokładnie to samo. Niebezpieczny dystans między nami sprawiał, że moje serce wręcz wariowało.
-Dobra... ruszaj się, bo ja nawet nie wiem w która stronę mamy iść... - spławianie go w takim momencie to była moja ucieczka od tego co mogłoby się za chwilę wydarzyć. Co on sobie wyobrażał. Wyminąłem go równie szybko co wypowiedziałem wcześniejsze słowa, a jedyne co usłyszałem w odpowiedzi to cichy śmiech. [...]
    Nie wiem ile czasu zajęło nam wydostane się poza mury, ale już tutaj poczułem, że stężenie trucizny diametralnie się podwyższa. Czułem osłabienie, pewnego rodzaju rozdrażnienie. Byłem w całkowitym amoku i nie mogłem nawet logicznie pomyśleć. Tuż po tym zawyły syreny. Te charakterystyczne, które słyszeliśmy za każdym razem kiedy komuś udawało się zbiec z ośrodka. Ruszyliśmy biegiem. Nie było to najrozsądniejsze posunięcie, ale tylko tak byliśmy w stanie uniknąć ponownego schwytania. W pewnym momencie straciłem dech w piersiach, powietrze jakby przestało istnieć, lub moje płuca po prostu nie chciały mnie słuchać. Zakręciło mi się w głowie, a świat stał się cały zamazany. Już miałem zetknąć swoją twarz z podłożem kiedy to znowu ktoś chwycił mnie i pociągnął w całkowicie inną stronę.
-Nie zasypiaj! - krzyknął na mnie przy okazji obracając się na chwilkę. Upewniał się, że żyje i wszystko ze mną w porządku.
Schowaliśmy się. To było jakieś... strasznie śmierdzące miejsce. Mój nos nie był przyzwyczajony do tego rodzaju zapachów, a co najdziwniejsze czułem to wszystko nawet przez dość gruby filtr w masce tlenowej. To miejsce gdzie byliśmy to chyba jakieś kanały. Stałem po kostki w wodzie i raczej nie chce wiedzieć co się w tej wodzie znajdowało. Już miałem zrobić krok w przód kiedy to brutalnie zostałem złapany za twarz i pociągnięty do tyłu. Kenji przycisnął mnie do siebie jak najbardziej tylko mógł, a przy tym jeszcze szepnął mi cicho do ucha: "Cicho. Nie ruszaj się". Odebrałem to niczym najważniejszy rozkaz od kapitana, którego złamanie grozi śmiercią. Przez to wszystko nawet nie odważyłem emocje, a jedyne co teraz słyszałem to mój szalony oddech i spokojny... wręcz działający kojąco na moje nerwy - oddech bliźniaczego brata.

-----------------------------------------------------------
Autor - Tavve
Adnotacja - To tak w ramach jakiegoś wstępu.
 Mało akcji, ale nieco więcej o tym jak udało im się uciec.
Kolejne opowiadanie już za tydzień w piątek ♥


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz