- Dlaczego akurat ścieki?- jęknął, wyglądał jakby zbierało mu się na wymioty.
- Wybacz braciszku, jednak inaczej mogliby nas jeszcze prościej znaleźć, prędzej czy później wpadną, że jesteśmy właśnie tu, ale miejmy nadzieję, że nad już tu nie będzie. To było najlepsze rozwiązanie- wytłumaczyłem najprościej jak potrafiłem, choć wiedziałem, że mój brat wcale nie jest głupi, wręcz przeciwnie, ale potrafi uciec do własnego świata w każdej sekundzie.- Chodź...- złapałem go za nadgarstek. Nieco go tym speszyłem, jednak ja specjalnie się tym nie przejąłem. Lubiłem mieć jakąś kontrolę nad tym co się dzieje. Tak samo było i w tej chwili. Starałem się przewidzieć wszystkie ruchy naszego drobnego przeciwnika, który mógł sprawić, że trafimy do piekła z powrotem.
Przedzieraliśmy się przez kanały jakby to była ostatnia rzecz w życiu jaką zrobimy. Choć nie chciałbym utonąć w nieczystościach innych ludzi. Ba, kto by chciał? Trzymałem mocno nadgarstek chłopaka, jednak nie tak by mu coś złamać.
- Zwolnijmy Kenji... i tak nam się nie uda- westchnął zrezygnowany Harumi. Zapewne miał rację, to on ma kalkulator w głowie, nie ja. To prawda, to wszystko od początku było skazane na porażkę, nie chciałem mu jednak o tym mówić, niszczyć ostatnich nadziei jakie nam może zostały. Ostatniego cienia szansy. Ucieczki z tego wariatkowa. Może odbudowanie prawie całkowicie zniszczonej psychiki, przez ludzi, którzy nas tu zamknęli. Tylko szczury chciałyby tu zostać.
- Damy radę Harumi, nie poddawaj się albo sam cię zaciągnę na wolność- moja dłoń z nadgarstka zsunęła się do jego wychudzonej ręki. Zacisnąłem ją na niej. To sprawiało, że zachowywałem bardzo potrzebny mi teraz spokój. To on sprawiał, że potrafiłem nad sobą panować gdy było to potrzebne.
Drogę zagrodzili nam strażnicy. W mgnieniu oka dostrzegli nas, nie mieliśmy nawet szans by się schować. To nie oznaczało jednak, że się poddam. Pociągnąłem braciszka w jeden z bocznych kanałów, chcąc jak najszybciej zgubić straż. Skręciłem powtórnie przy najbliższej okazji i znowu. No proszę, istny labirynt ścieków. Tamci rozdzielili się chcąc nas szybciej znaleźć, to było jasne, ale przyznam, że spodziewałem się, że będą bardziej rozgarnięci ode mnie i mojego brata- dwójki osiemnastolatków bez większego doświadczenia, jeśli chodzi o walkę lub używanie broni palnej. Można wiedzieć jak strzelić, ale jak strzelić by trafić celnie to inna sprawa. Zawlokłem brata w ślepy zaułek. Ścisnąłem nieco mocniej jego dłoń. Byłem na siebie zły, zbyt szybko chciałem się pozbyć ogona, a teraz najprawdopodobniej zostaniemy złapani przez los. Znów nas zamkną w świecie szarych ścian i szpitalnych łóżek, gdzie nie można nic zrobić, gdzie nie da się żyć. Nie mogłem do tego dopuścić. Spojrzałem w oczy Harumi'ego owiane dla innych tajemnicą. Świetnie wyczuwałem jego niepokój. Nie okazywałem jednak tego samego po sobie, chcąc go podnieść na duchu. Mimo nałożonej maski, która powinna filtrować truciznę w powietrzu, czułem się jakbym miał zaraz paść na miejscu i już nigdy nie zobaczyć powierzchni, ani nie poczuć, wyczekiwanego przez dłuższy czas, smaku wolności.
- Odwrócę uwagę tych kilku co się tu kręci, ty biegnij do drabiny i wyjdź stąd na ulicę. Spotkamy się w parku, no... znaczy w jego pozostałości- powiedziałem najszybciej jak potrafiłem.
- Ke-Kenji... czy ci kompletnie odbiło?- Harumi zmarszczył brwi. Dostrzegłem, że w żadnym stopniu nie podobał mu się mój pomysł. Dziwić mu się?
- To nie była prośba- dodałem po krótkiej chwili, nawet lekko wtrącając się w jego wypowiedź. - Gdy wybiegnę i mnie zauważą po prostu stąd wyjdź i skieruj się do wyjścia, które jest niedaleko stąd. Skręcisz w lewo przy najbliższej okazji. Potem biegniesz cały czas prosto i jest. Zrozumiałeś?- podkreśliłem ostatnie słowo. Brat tylko skinął niechętnie głową. Przytuliłem go mocno na wręcz sekundę, po czym odsunąłem od siebie, równie szybko. Wyszedłem z zaułka. Nie widziałem jeszcze żadnego z ludzi jednak to było tylko chwilowe. Usłyszałem krzyk jednego ze strażników, znaczył on, że mnie zauważył. Odwróciłem się tylko na chwilę, mając zamiar zobaczyć z kim mam do czynienia. Strażnik był dość wysoki, wyższy ode mnie, ale i starszy. Spod czapki wystawały siwe włosy. Zapewne upamiętniające dwadzieścia stresujących lat jego życia. Wymierzył we mnie bronią. W miarę możliwości dość nieelegancko uniknąłem strzału. Uciekłem przed siebie. O dziwo zadziałało. Odwróciłem uwagę od brata bliźniaka i to dość skutecznie. Biegłem przez tunele, mając nadzieję, że sam ich zgubię. Jednak jeden z nich zagrodził mi drogę. Zostałem otoczony i to w mgnieniu oka. Nie spodziewałem się takiej mobilizacji z ich strony.
Serce mi waliło jak dzikie. Szukałem jakiejkolwiek drogi ewakuacji. Nie dałem rady w tej sytuacji logicznie pomyśleć. Spróbowałem jedynego sposobu, który mi przyszedł do głowy. Dosłownie zaszarżowałem na strażnika, który był przede mną. Odepchnąłem go i skręciłem w boczny kanał. Padł kolejny strzał. Tym razem nie spudłowali, a ja zostałem poraniony w udo. Przekląłem tylko pod nosem. Łapiąc się za miejsce rany. Musiałem jak najszybciej wyjąć nabój i opatrzyć nogę, jednak ciężko było to zrobić z psami na ogonie. To było wręcz niemożliwe do zrobienia z tak upartymi kundlami. Mimo to ostatni raz spróbowałem ich zmylić. Słabłem z minuty na minutę, jeśli tak szłoby dalej, straciłbym przytomność szybciej niż by się tego spodziewali. Modliłem się by mnie nie znaleźli, by przebiegli obok. Rozerwałem kawałek rękaw mojej koszuli, nim zacisnąłem ranę, nie pozwalając sobie na wykrwawienie się. Uspokoiłem oddech, Byłem już zmęczony, nie pozwoliłem sobie jednak na odpoczynek. Wstałem, opierając się o lepką od brudu ścianę. Dopiero teraz dał się we znaki ból od postrzału. Wcześniej nie był tak odczuwalny i dokuczliwy przez adrenalinę jaka kursowała w moich żyłach. Chciałem jak najszybciej dogonić brata. Wiedziałem, że nie może zostawać długo sam. Nie potrafiłem się poddać i paść, właśnie z jego powodu.
-----------------------------------
Autor -Turlajdropsa