piątek, 29 stycznia 2016

Rozdział 2- ... no może w niektórych przypadkach.

   Uśmiechnąłem się nieznacznie widząc, że Harumi stara się w jakimś stopniu zachować spokój, który jest bardzo potrzebny w tej chwili. Przeczekaliśmy w ciszy, aż przejdą obok. Żaden z nas się nie wychylił, nie pisnął ani słówka. Po prostu czekaliśmy, widziałem niepokój brata, który rósł z chwilą przejścia obok nas, zwanych przeze mnie pieszczotliwie, katów. Pogłaskałem go po głowie jak dziecko. Może to było lekko zabawne, ale nic lepszego nie przychodziło do mojej pustej czaszki. Spojrzałem na niego dość wymownie, jakbym opowiadał świetny dowcip, to wystarczyło by kąciki ust ,na słodkiej twarzyczce sprzymierzeńca, podniosły się słabo, wręcz niewyraźnie. Wyszliśmy z ukrycia błyskawicznie. Odsunął się nieco ode mnie.
- Dlaczego akurat ścieki?- jęknął, wyglądał jakby zbierało mu się na wymioty.
- Wybacz braciszku, jednak inaczej mogliby nas jeszcze prościej znaleźć, prędzej czy później wpadną, że jesteśmy właśnie tu, ale miejmy nadzieję, że nad już tu nie będzie. To było najlepsze rozwiązanie- wytłumaczyłem najprościej jak potrafiłem, choć wiedziałem, że mój brat wcale nie jest głupi, wręcz przeciwnie, ale potrafi uciec do własnego świata w każdej sekundzie.- Chodź...- złapałem go za nadgarstek. Nieco go tym speszyłem, jednak ja specjalnie się tym nie przejąłem. Lubiłem mieć jakąś kontrolę nad tym co się dzieje. Tak samo było i w tej chwili. Starałem się przewidzieć wszystkie ruchy naszego drobnego przeciwnika, który mógł sprawić, że trafimy do piekła z powrotem.
Przedzieraliśmy się przez kanały jakby to była ostatnia rzecz w życiu jaką zrobimy. Choć nie chciałbym utonąć w nieczystościach innych ludzi. Ba, kto by chciał? Trzymałem mocno nadgarstek chłopaka, jednak nie tak by mu coś złamać.
- Zwolnijmy Kenji... i tak nam się nie uda- westchnął zrezygnowany Harumi. Zapewne miał rację, to on ma kalkulator w głowie, nie ja. To prawda, to wszystko od początku było skazane na porażkę, nie chciałem mu jednak o tym mówić, niszczyć ostatnich nadziei jakie nam może zostały. Ostatniego cienia szansy. Ucieczki z tego wariatkowa. Może odbudowanie prawie całkowicie zniszczonej psychiki, przez ludzi, którzy nas tu zamknęli. Tylko szczury chciałyby tu zostać.
- Damy radę Harumi, nie poddawaj się albo sam cię zaciągnę na wolność- moja dłoń z nadgarstka zsunęła się do jego wychudzonej ręki. Zacisnąłem ją na niej. To sprawiało, że zachowywałem bardzo potrzebny mi teraz spokój. To on sprawiał, że potrafiłem nad sobą panować gdy było to potrzebne.
   Drogę zagrodzili nam strażnicy. W mgnieniu oka dostrzegli nas, nie mieliśmy nawet szans by się schować. To nie oznaczało jednak, że się poddam. Pociągnąłem braciszka w jeden z bocznych kanałów, chcąc jak najszybciej zgubić straż. Skręciłem powtórnie przy najbliższej okazji i znowu. No proszę, istny labirynt ścieków. Tamci rozdzielili się chcąc nas szybciej znaleźć, to było jasne, ale przyznam, że spodziewałem się, że będą bardziej rozgarnięci ode mnie i mojego brata- dwójki osiemnastolatków bez większego doświadczenia, jeśli chodzi o walkę lub używanie broni palnej. Można wiedzieć jak strzelić, ale jak strzelić by trafić celnie to inna sprawa. Zawlokłem brata w ślepy zaułek. Ścisnąłem nieco mocniej jego dłoń. Byłem na siebie zły, zbyt szybko chciałem się pozbyć ogona, a teraz najprawdopodobniej zostaniemy złapani przez los. Znów nas zamkną w świecie szarych ścian i szpitalnych łóżek, gdzie nie można nic zrobić, gdzie nie da się żyć. Nie mogłem do tego dopuścić. Spojrzałem w oczy Harumi'ego owiane dla innych tajemnicą. Świetnie wyczuwałem jego niepokój. Nie okazywałem jednak tego samego po sobie, chcąc go podnieść na duchu. Mimo nałożonej maski, która powinna filtrować truciznę w powietrzu, czułem się jakbym miał zaraz paść na miejscu i już nigdy nie zobaczyć powierzchni, ani nie poczuć, wyczekiwanego przez dłuższy czas, smaku wolności.
- Odwrócę uwagę tych kilku co się tu kręci, ty biegnij do drabiny i wyjdź stąd na ulicę. Spotkamy się w parku, no... znaczy w jego pozostałości- powiedziałem najszybciej jak potrafiłem.
- Ke-Kenji... czy ci kompletnie odbiło?- Harumi zmarszczył brwi. Dostrzegłem, że w żadnym stopniu nie podobał mu się mój pomysł. Dziwić mu się?
- To nie była prośba-  dodałem po krótkiej chwili, nawet lekko wtrącając się w jego wypowiedź. - Gdy wybiegnę i mnie zauważą po prostu stąd wyjdź i skieruj się do wyjścia, które jest niedaleko stąd. Skręcisz w lewo przy najbliższej okazji. Potem biegniesz cały czas prosto i jest. Zrozumiałeś?- podkreśliłem ostatnie słowo. Brat tylko skinął niechętnie głową. Przytuliłem go mocno na wręcz sekundę, po czym odsunąłem od siebie, równie szybko. Wyszedłem z zaułka. Nie widziałem jeszcze żadnego z ludzi jednak to było tylko chwilowe. Usłyszałem krzyk jednego ze strażników, znaczył on, że mnie zauważył. Odwróciłem się tylko na chwilę, mając zamiar zobaczyć z kim mam do czynienia. Strażnik był dość wysoki, wyższy ode mnie, ale i starszy. Spod czapki wystawały siwe włosy. Zapewne upamiętniające dwadzieścia stresujących lat jego życia. Wymierzył we mnie bronią. W miarę możliwości dość nieelegancko uniknąłem strzału. Uciekłem przed siebie. O dziwo zadziałało. Odwróciłem uwagę od brata bliźniaka i to dość skutecznie. Biegłem przez tunele, mając nadzieję, że sam ich zgubię. Jednak jeden z nich zagrodził mi drogę. Zostałem otoczony i to w mgnieniu oka. Nie spodziewałem się takiej mobilizacji z ich strony.
  Serce mi waliło jak dzikie. Szukałem jakiejkolwiek drogi ewakuacji. Nie dałem rady w tej sytuacji logicznie pomyśleć. Spróbowałem jedynego sposobu, który mi przyszedł do głowy. Dosłownie zaszarżowałem na strażnika, który był przede mną. Odepchnąłem go i skręciłem w boczny kanał. Padł kolejny strzał. Tym razem nie spudłowali, a ja zostałem poraniony w udo. Przekląłem tylko pod nosem. Łapiąc się za miejsce rany. Musiałem jak najszybciej wyjąć nabój i opatrzyć nogę, jednak ciężko było to zrobić z psami na ogonie. To było wręcz niemożliwe do zrobienia z tak upartymi kundlami. Mimo to ostatni raz spróbowałem ich zmylić. Słabłem z minuty na minutę, jeśli tak szłoby dalej, straciłbym przytomność szybciej niż by się tego spodziewali. Modliłem się by mnie nie znaleźli, by przebiegli obok. Rozerwałem kawałek rękaw mojej koszuli, nim zacisnąłem ranę, nie pozwalając sobie na wykrwawienie się. Uspokoiłem oddech, Byłem już zmęczony, nie pozwoliłem sobie jednak na odpoczynek. Wstałem, opierając się o lepką od brudu ścianę. Dopiero teraz dał się we znaki ból od postrzału. Wcześniej nie był tak odczuwalny i dokuczliwy przez adrenalinę jaka kursowała w moich żyłach. Chciałem jak najszybciej dogonić brata. Wiedziałem, że nie może zostawać długo sam. Nie potrafiłem się poddać i paść, właśnie z jego powodu.

-----------------------------------
Autor -Turlajdropsa

niedziela, 24 stycznia 2016

Rozdział 1 - Ucieczka nie jest rozwiązaniem...

Blady świt. To pierwsze co zauważałem każdego ranka od momentu trafienia tutaj. Szpitalne, gołe i szare ściany otaczały nas z każdej strony. Dzień w dzień ta sama rutyna, od której ciężko było uciec. Oddalić się myślami.... odpłynąć. Otwierając oczy, budząc się w tych zamkniętych pomieszczeniach czułem się jak zwierze. Jak nic nie warty, ludzki śmieć, którego nikt już na tym świecie nie potrzebuje, a jedynym celem tego całego "zamykania nas tutaj" był fakt, że jeszcze do czegoś możemy się nadać. Naszą sytuację równie dobrze można było porównać do sytuacji zwierząt wywożonych na rzeź. Męczone, katowane i chociaż jesteśmy ludźmi to jednak nikt nie dba o nasze dobro, o nasze zdrowie. To czy umrzemy dzisiaj, jutro czy za tydzień jest im kompletnie obojętne. To też żaden naukowiec nigdy nie zdecydował się gonić za uciekinierami dalej niż obejmują wysokie mury odgradzające labolatoria od rzeczywistości. Dlaczego? Strach. Wszyscy tutaj pogrążeni są w głębokim strachu i to nawet ci, którzy tutaj nas wszystkich pozamykali. Niby jesteśmy teraz w szczelnie pozamykanych pokojach. Dla nas... klatach. Powiedziano nam, ze spokojnie możemy poruszać się bez masek, a tutaj nic nam nie grozi. Gówno prawda. Oni wszyscy są równie zakłamani co ta parszywa rzeczywistość, którą próbują nam usilnie wpoić do głów. Niby dlaczego oni wszyscy chodzą w maskach? Nie zdziwiłbym się, gdyby nawet w nich spali. [...]
    Leniwie zsunąłem patykowate, blade nogi. Moje stopy dotknęły zimnej, kafelkowej podłogi, a wraz zetknięciem przeszedł mnie dziwny dreszcz. Patrzenie na to wszystko przysparzało tylko kolejnej dziury w psychice. Nie zwariować tutaj to jest istny wyczyn! Już mi wszystko jedno. Mój umysł, moje wnętrze jest tak wyprane z wszystkich emocji i odczuć, że mógłbym nawet teraz umrzeć i pewnie nie zorientowałbym się, że to właśnie następuje dopóki moje oczy powoli nie zaczęłyby się zamykać... powoli.... monotonnie....
-Harumi... Ha-ru-mi.....
Bębniący w głowie głos nagle stał się rzeczywistością. I wszystko stało się jaśniejsze. Marzenia o tym jak pięknie musi być na tamtym świecie zostawiłem za sobą by teraz z lekkim niezrozumieniem spojrzeć na bliźniaka. Stał tuż przede mną, wpatrywał się jakby to pierwszy raz w życiu ujrzał mnie na oczy. Spojrzałem w lewo, potem w prawo by znów skupić całe spojrzenie na postaci młodego mężczyzny.
-Znowu odpłynąłeś! - krzyknął na mnie jakby z wyrzutem. Wiedziałem, że nie jest zły, a jego krzyk spowodowany jest jedynie troską. Chciał mnie wyciągnąć z transu, w który ostatnio bardzo często zdarzało mi się popadać. To stawało się wręcz niebezpieczne. - Przestań mnie tak straszyć, bo kiedyś jak nie będziesz reagował to strzele ci w pysk. - odsunął się o krok do tyłu, jednak jego wzrok wcale nie zmieniał toru. Był tak przenikliwy. Miałem wrażenie, że zaraz wywierci mi dziurę w czaszce. Zamrugałem kilkakrotnie tak, by w końcu zacząć myśleć i widzieć normalnie. Takie odpływanie we własne myśli robiły ze mną coś niedobrego. Brat widząc mój lepszy stan psychiczny, chwycił mą bladą dłoń i pociągnął wzdłuż wąskiego korytarza. Był... szary - tak jak wszystko tutaj. Tak jak wcześniej wspomniałem: nasza codzienność wyglądała zawsze tak samo. Wstawanie, jedzenie śniadania, siedzenie przez cały dzień w labolatoriach lub w malutkim pomieszczeniu, wracanie, kolacja i spać. Nic się nie zmieniało od 2 lat. (bo siedzimy tutaj właśnie tak długo) Dzisiaj miało być inaczej. Planowaliśmy....wróć... Kenji planował to przez kilka naprawdę długich miesięcy. Rozpatrzał wszelkie za i przeciw, które ewentualnie mogłyby nam przeszkodzić. Ucieczka z tego strasznego miejsca nie była wcale taka trudna. Nikt nie zaoferował się pilnowaniem, czy czasem żaden rozwydrzony bachor nie ma zamiaru stąd zbiec. To po prostu jedna, lub dwie gęby do wykarmienia mniej. Tak samo my jak i oni zdawali sobie sprawę, że wyjście stąd to jak świadomy wyrok śmierci na własnego siebie. Mimo wszystko zawsze warto spróbować. I tak wcześniej czy później tutaj umrzemy, a jak nie tutaj to tam na zewnątrz. Pewnie nie jesteśmy pierwszymi, którzy stąd mają zamiar uciec, ale czy ktoś komu już się udało.... przeżył? Tego trzeba się dowiedzieć [...]
    Powolutku zbliżał się wieczór. Dokładnie godzina 18. Z racji tego, że jest lato to jeszcze było całkiem widno. Właściwie prawie tak jakby to była godzina 14. Mój drogi braciszek poczynił już wszystkie przygotowania. Był taki podekscytowany. Patrzenie na niego w tym momencie to był jedyny uszczęśliwiający mnie widok. Tak naprawdę.... od zawsze byłem wpatrzony w niego jak w obrazek, i nie było dnia, w którym mógłby oderwać od niego wzrok. To było jak takie malutkie światełko w tunelu, które nie pozwalało mi zasnąć na wieki. Gdyby nie on to pewnie dawno już bym się poddał. Straciłbym ostatnie chęci do życia i po prostu się poddał....
-Haru.... - szepnął próbując wleźć na wysoko osadzone okno. - Mógłbyś mi pomóc.... ehh... mam wrażenie jakbym to tylko ja chciał stąd uciec, bo jak na razie to ty tylko siedzisz i wpatrujesz się we mnie. Oczami mnie nie podsadzisz! - chyba delikatnie się zirytował. Wyrwany z kolejnego transu głębokiego myślenia, natychmiast podniosłem się z pozycji siedzącej.
-Ucieczka wcale nie jest rozwiązaniem wszystkich problemów. - westchnąłem już nieco bardziej żywiej. Taaaaak, przez ostatnie godziny wydawało mi się jakby uleciało ze mnie życie, bo nawet się dzisiaj mało odzywałem do kogokolwiek. Moje podsumowanie chyba nie za bardzo nam pomogło, bo tylko jeszcze bardziej zdenerwowało Kenji'ego. No co poradzę... nie będę przed nim niczego ukrywał, a tym bardziej tego, że nie za bardzo wierzyłem w fakt, iż nam się to wszystko uda. Musielibyśmy być niezłymi farciarzami. Nie minęło nawet 15 minut kiedy to już oboje byliśmy poza naszym dotychczasowym miejscem zamieszkania. Sam byłem zdziwiony, że jeszcze posiadam tyle siły by udźwignąć masywniejszego brata bliźniaka. Wyczyn. Zaraz potem dostałem do ręki czarną tlenowa maskę, którą zwykle dostawaliśmy kiedy trzeba było wyjść. Zazwyczaj to wyjście to było przemieszczenie się z "więzienia" do labolatorium. Sądząc po minie szarookiego, mogłem stwierdzić, że nasze emocje co do tego wypadu były skrajnie różne. Obawiałem się. Ukrywałem strach i przerażenie. Moje nogi, ręce... wszystko powoli odmawiało mi posłuszeństwa. Cofnąłem się o krok do tyłu pierwszy raz mając tak wielkie wątpliwości. Moje plecy zetknęły się z płaską powierzchnią ściany, a wzrok bezwzględnie został utkwiony w podłogę.
-Boisz się? - głupio zadane pytanie padło zaraz po tym kiedy czarnowłosy zbliżył się do mnie i złapał mnie za łapkę. Zupełnie inaczej niż dzisiaj rano. - Ja też, ale to jedyny sposób, żeby się od tego uwolnić. Sam powiedziałeś, że ucieczka od problemu to nie rozwiązanie, ale ja właśnie chce się z tym zmierzyć. - kończąc swoje zdanie przysunął się jeszcze bardziej przystawiając swoje czoło do mojego. Przymknął na moment oczy przez co ja zrobiłem dokładnie to samo. Niebezpieczny dystans między nami sprawiał, że moje serce wręcz wariowało.
-Dobra... ruszaj się, bo ja nawet nie wiem w która stronę mamy iść... - spławianie go w takim momencie to była moja ucieczka od tego co mogłoby się za chwilę wydarzyć. Co on sobie wyobrażał. Wyminąłem go równie szybko co wypowiedziałem wcześniejsze słowa, a jedyne co usłyszałem w odpowiedzi to cichy śmiech. [...]
    Nie wiem ile czasu zajęło nam wydostane się poza mury, ale już tutaj poczułem, że stężenie trucizny diametralnie się podwyższa. Czułem osłabienie, pewnego rodzaju rozdrażnienie. Byłem w całkowitym amoku i nie mogłem nawet logicznie pomyśleć. Tuż po tym zawyły syreny. Te charakterystyczne, które słyszeliśmy za każdym razem kiedy komuś udawało się zbiec z ośrodka. Ruszyliśmy biegiem. Nie było to najrozsądniejsze posunięcie, ale tylko tak byliśmy w stanie uniknąć ponownego schwytania. W pewnym momencie straciłem dech w piersiach, powietrze jakby przestało istnieć, lub moje płuca po prostu nie chciały mnie słuchać. Zakręciło mi się w głowie, a świat stał się cały zamazany. Już miałem zetknąć swoją twarz z podłożem kiedy to znowu ktoś chwycił mnie i pociągnął w całkowicie inną stronę.
-Nie zasypiaj! - krzyknął na mnie przy okazji obracając się na chwilkę. Upewniał się, że żyje i wszystko ze mną w porządku.
Schowaliśmy się. To było jakieś... strasznie śmierdzące miejsce. Mój nos nie był przyzwyczajony do tego rodzaju zapachów, a co najdziwniejsze czułem to wszystko nawet przez dość gruby filtr w masce tlenowej. To miejsce gdzie byliśmy to chyba jakieś kanały. Stałem po kostki w wodzie i raczej nie chce wiedzieć co się w tej wodzie znajdowało. Już miałem zrobić krok w przód kiedy to brutalnie zostałem złapany za twarz i pociągnięty do tyłu. Kenji przycisnął mnie do siebie jak najbardziej tylko mógł, a przy tym jeszcze szepnął mi cicho do ucha: "Cicho. Nie ruszaj się". Odebrałem to niczym najważniejszy rozkaz od kapitana, którego złamanie grozi śmiercią. Przez to wszystko nawet nie odważyłem emocje, a jedyne co teraz słyszałem to mój szalony oddech i spokojny... wręcz działający kojąco na moje nerwy - oddech bliźniaczego brata.

-----------------------------------------------------------
Autor - Tavve
Adnotacja - To tak w ramach jakiegoś wstępu.
 Mało akcji, ale nieco więcej o tym jak udało im się uciec.
Kolejne opowiadanie już za tydzień w piątek ♥