sobota, 27 lutego 2016

Rozdział 6- Nie wszystko jest takie na jakie wygląda.

Znieruchomiałem. Gdybym nie zobaczył kto to, gdybym zaczął strzelać od razy... zabiłbym własnego brata. Otworzyłem szerzej oczy. Nie wierzyłem w to co mogłem zrobić. Odrzuciłem broń, chwilę wpatrywaliśmy się w siebie, chyba obydwoje z niedowierzaniem i nutką zawodu. Zawiodłem się na samym sobie. Nie strzeliłbym w niego. Nie zrobiłbym tego.
- Haru...- złapałem go za nadgarstki, przyciągnąłem do siebie i przytuliłem mocno, chyba nawet z taką siłą, że pozbawiłem go na chwilę tchu.- Nawet nie wiesz jak mi ulżyło...- próbowałem się nie rozkleić. Kilka dni temu myślałem, że już nie zobaczę, a teraz? Przytulałem go, próbując nie ryczeć ze szczęścia. Mój towarzysz podróży tylko przekręcił głowę i wpatrywał się nam zapewne nieco niezrozumiale. Przez ten czas nie dowiedziałem się niczego o nim prócz tego, że wydaje zabawne dźwięki. W czasie moich gromkich przemyśleń Haru po prostu mnie odepchnął przerażony i odsunął się. Zapomniałem. Moja reakcja była zbyt drastyczna, a mój brat... zbyt przerażony. Nie widziałem go nigdy tak przerażonego. Co by było gdybym jednak strzelił? Gdybym nie potrafił utrzymać złości, która mną kierowała, gdy rzucałem się na swojego brata, niewiedząc, że to on?
- Ha-Harumi...- wyjąkałem nieco zaskoczony. Nagle zostałem gwałtownie przyciśnięty do ściany, ta wręcz w niektórych miejscach popękała. Syknąłem cicho. Kira trzymał mnie mocno za szyję, przy okazji jeszcze bardziej wbijając w ścianę. Przekląłem w myślach i spojrzałem kątem oka na brata. Chciał coś powiedzieć, ale widziałem, że go sparaliżowano. Miał do tego pełne prawo. Jednak mojego nowego mechanicznego przyjaciela nawet to nie ruszyło. Szczerze, zdziwiłem się, że tu jeszcze jest.Ogon owinął wokół nogi chłopaka i podniósł go, tak że ich głowy były na tej samej wysokości.
- Co to, kurwa, jest?!- warknął, próbując w międzyczasie wyszarpać nogę.
- Nie wiem, ale ostatnio mi pomogło- wzruszyłem ramionami i podałem rękę bliźniakowi. Ten jednak wstał sam. Trochę zawiodłem się z tego powodu. Nie sądziłem, że mógłby trzymać tak długo urazę. Gdybym od początku wiedział, że to on. Mimo to i tak bardzo się cieszyłem, że żyje.
- Każ temu czemuś mnie puścić!- rozkazał i spojrzał na mnie wzrokiem zabójcy.
- Wybacz, nie mam nie niego wpływu- mruknąłem i pomasowałem obolałą szyję - jak będzie chciało to cię puści- westchnąłem jakby bezradnie. Nie obchodziło mnie to co "on" z nim zrobi. Naprawdę. Ważne, że znalazłem Haru. Zawsze mnie wspierał. Teraz ja chciałbym jakoś pomóc mu. W końcu to mój brat. Zawsze widzę, gdy coś jest nie tak. Martwiło mnie to, że myślał, że mogę w niego strzelić.
- Harumi, zrób coś- jego twarz się zmieniła gdy mówił do mojego brata. Wydawał się o wiele spokojniejszy niż na samym początku. Nie znałem Kiry z tej strony, zawsze kojarzył mi się ze złymi bogatymi chłopakami z zamożnych dzielnic, którzy zachowywali się przy okazji jak rozwydrzone bachory, gdy nie dostały swojej ulubionej zabawki.
- K-Kenji... na pewno możesz coś zrobić- odpowiedział mój brat. Zacisnąłem dłonie w pięści.  Byłem wkurzony. Dlaczego on się słuchał tego idioty? Odetchnąłem tylko głośno, aby się uspokoić. Co miałem zrobić? Zerknąłem wymownie na mojego towarzysza podróży. To wystarczyło. Kira wylądował z impetem na ziemi. Syknął tylko, wstał i otrzepał się.
- To ty jesteś bratem Haru? Kenji ta? Heh, myślałem, że już nie żyjesz.
- Taa, też tak myślałem- odwróciłem wzrok z obojętną miną. Byłem naprawdę zły, chociaż nie wiedziałem tak naprawdę na kogo. Na Harumi'ego nie potrafiłem być zły, choć na pewno zawiódł mnie swoją postawą. Jeśli chodzi o Kirę... chętnie bym mu przyjebał i to dość mocno.
- "Czemu go bronisz?"- pomyślałem. Nie widziałem w tym większego sensu.
- Kira mnie ochronił przed szalonym doktorkiem...- wytłumaczył szybko mój brat bliźniak. Tak, ja wtedy nie zdołałem go obronić, to prawda. Jednak czemu On? Nie mógłby to być ktoś inny? Cisza przeszyła nas wszystkich. Nikt nie wiedział co ma powiedzieć. Słyszałem tylko od czasu do czasu dźwięki dobrze znanej mi maszyny.
- Chodźmy do kryjówki...-zaproponował Harumi. Czyli jednak trochę tu byli. Nie sądziłem, że od razu odbił Haru.
* * *
Siedziałem wraz z moim mechanicznym przyjacielem w pokoju. Nigdy nie myślałem, że robot może być aż tak wyczulony na ludzkie uczucia... że umie współczuć. Potrafił się ze mną porozumieć za pomocą zapisu. Na kartce rozpisywał wszystko, co myślał. Nie umiałem jednak w pełni mu zaufać. W końcu to jednak robot. Jest tylko zaprogramowany i nic więcej.
Wstałem z łóżka niechętnie i powędrowałem w stronę prowizorycznej kuchni. Udało nam się zdobyć jedną z paczek, a ja trochę nie jadłem, więc chciałem jednak skorzystać z jej wyposażenia, jakim było w jakiejś części jedzenie. Spotkałem w pomieszczeniu Haru. Chciałem się do niego odezwać,  wyglądało jednak, że był na mnie nadal zły.
- Harumi...? Czemu go broniłeś?- odezwałem się po dłuższej chwili. On jednak mi nie odpowiedział. Nie pytałem go o nic więcej tylko od czasu do czasu o jego samopoczucie. Chciałem jakoś pomóc. Zrobić cokolwiek. Wytrzymałem do wieczora w takim stanie. Nie dałbym rady gdyby dłużej się nie odezwał. Wieczorem zapukałem do jego pokoju.
- Proszę...- mruknął cicho. Zgadywałem, że był już w łóżku. Wszedłem do środka. Miałem rację. Leżał w łóżku, próbował zasnąć. Od czasu do czasu miał problemy ze snem, jednak nie zdarzało się to często. Gdy on nie mógł spać ja tym bardziejnnie dawałem rady. To była jedna z chwil, gdy wiedziałem, że coś się dzieje. On nawet na mnie nie spojrzał. Czułem jak gula staje mi w gardle. Co miałem mu powiedzieć?
- Haru... wiesz, że nigdy bym w ciebie nie strzelił, nie wiedziałem, że to ty... nie chciałem się na ciebie rzucić. Przecież jesteś moim bratem, przecież za bardzo cię kocham by zrobić ci krzywdę- powiedziałem najszybciej jak potrafiłem. Chłopak zacisnął rękę na poduszce. Czułem się odpowiedzialny, za to wszystko. Wsunąłem mu się do łóżka. Ten nie protestował. Objąłem go od tyłu wokół szyi i przytuliłem go czule.
- Jesteś moim bratem, gdybym skrzywdził ciebie... to tak jakbym skrzywdził siebie, wiesz o tym i to bardzo dobrze- szepnąłem mu spokojnie do ucha.


--------- 
Autor- Turlajdropsa

piątek, 19 lutego 2016

Rozdział 5 - Tęsknota boli na wiele sposobów.

 Gdzie jest Kenji? Dlaczego mnie obronił i tak bezsensownie kolejny już raz wziął na siebie coś, co tak naprawdę było wymierzone we mnie. Choć jesteśmy bliźniakami, to tak w głębi serca czuje... jakby był on starszy ode mnie przynajmniej o rok. Pod jego skrzydłami czułem się bezpiecznie. Czułem jakby nikt nie miał prawa mnie skrzywdzić. Brutalna rzeczywistość psuła mi wszystkie dotychczasowe przekonania i marzenia. Dlaczego wszystkim tak bardzo zależało na naszym nieszczęściu... [...]
   Jakiś czas po tym zdarzeniu, chłopak imieniem Kira przygarnął mnie do siebie. Stwierdził, ze jestem słaby i bezbronny. Kompletnie nie znam się na otaczającym mnie świecie, chociaż wiedziałem o nim dość sporo. Czym prędzej zabrał mnie od miejsca zdarzenia - zabił szalonego naukowca z bronią, który kilka minut wcześniej postrzelił po raz drugi mojego brata. Krzyczałem, szarpałem się, ale to wszystko nie zdało się na nic. Wyższy ode mnie mężczyzna doskonale wiedział, że nie będzie łatwo zabrać mnie z miejsca zdarzenia, dlatego skutecznie uciszył mnie ciosem w głowę. Nie czułem bólu, od razu zemdlałem, a w głowie pozostało mi tylko dziwne wrażenie, że kiedy później sobie o tym przypomnę to będę głośno płakał. [...]
   Bawił się mną niczym nowo zdobytą zabawką. Śmiał się, dogryzał, a mimo wszystko bardzo mnie wspierał i pilnował, by nie stała mi się krzywda. Cały mój świat od tamtego zdarzenia stał się szary, pozbawiony kolorów i jakichkolwiek miłych doświadczeń. Mój wzrok nigdy nie podnosił się wyżej niż na tyle, by po prostu ujrzeć przedmioty jakie ewentualnie mogłyby stanąć mi na drodze.
I tak byśmy go nie uratowali. Nic byś nie zrobił
Przez moją głowę odbijały się głębokim echem słowa Kiry. Nie wiem dlaczego, ale jego imię bardzo ciężko przechodziło mi przez gardło. Winiłem go za śmierć brata, choć tak naprawdę zawdzięczałem mu życie. Ehhh... co to za życie, kiedy nie ma przy mnie najważniejszej osoby, jaka kiedykolwiek stąpała po tej okrutnej ziemi. 
-Harumi. Zjedz coś w końcu, bo nabawisz się jeszcze większej anoreksji niż masz dotychczas! - krzyknął na mnie, jednocześnie stawiając przede mną miskę z owsianką. Znowu to samo... czy tutaj nie ma kompletnie nic innego do żarcia!? - Słuchasz mnie w ogóle? - zapytał już nieco ciszej, przytulniej. Nie chciał mnie zapewne wystraszyć, choć.... nie wiem czy dało się jeszcze bardziej. Tak. Byłem okropnie przerażony. Nie dam sobie rady sam. Bez brata. Bez mojego bliźniaczego wsparcia. Kompletnie nie udzielałem mu żadnych odpowiedzi, przez co tylko bardziej prowokowałem go do przemocy. Chwycił mnie za koszulkę i uniósł na tyle bym w końcu zrównał z nim spojrzenia. Oczy chłopaka miały kolor zielony. Były tak głębokie i piękne, jednak widziałem w nich wiele cierpienia. Dokładnie takiego samego jakim byłem wypełniony od kilku dni. 
-Puść. - mruknąłem niczym niewzruszony. Uniosłem jedną dłoń i złapałem go w nadgarstku dając mu wyraźnie do zrozumienia, żeby w końcu postawił mnie na ziemię.
http://41.media.tumblr.com/697e9fd91deeadfefcb9eca09cc9834c/tumblr_ni8redWfRF1tep9vso1_500.jpg- Dość. Jeśli nie będziesz nic jadł to zginiesz tak jak twój brat! - doskonale wiedział, gdzie wymierzyć cios, bym w końcu zaczął słuchać i wyciągać jakiekolwiek wnioski. Otworzyłem szczerzej oczy ze zdziwienia. Nie, nie... to raczej była obawa przed tym co za chwile mogę od niego usłyszeć, bo pewnie na tym się nie skończy. - Odkąd tutaj jesteś, jeszcze nic nie zjadłeś, chudniesz z dnia na dzień. Weź się w garść! - tym razem już nie wytrzymał i zdzielił mnie pięścią w twarz. Poczułem jak ból rozkłada się po całej mojej twarzy. Nie skupiłem się zbyt długo na tym, gdyż za chwilę poczułem też to przeszywające uczucie w górnej części moich pleców. Zderzyły się one bowiem z płaską powierzchnią podłogi. Już myślałem, że to koniec na dzisiaj. Za każdym razem tak to się kończyło, gdyż byłem tak nieprzystępny, że kompletnie nie zamierzałem go słuchać. Denerwował się za każdym razem, co kończyło się albo ciosem, ale.... w łóżku. Tak właśnie odgrywał się na mnie za to, co robię. Za to, że lekceważę jego polecenia i tak właściwie sam spisuję się na śmierć.
   Podniosłem się do siadu, aczkolwiek moja głowa nawet nie zamierzała się podnieść wyżej niż na buty ciemnowłosego. Ponownie chwycił mnie tym razem za nadgarstek. Podniósł nieznacznie i oparł brutalnie o odrapaną z farby ścianę. Opiekował się mną, a jednak oczekiwał czegoś w zamian. Nie chciałem... Nie chce tego robić, a jednak nie mogę się oprzeć. Już nie mam siły. Czasami brakuje mi ich nawet by zwlec się z łóżka. Chce zamknąć oczy i nigdy się nie obudzić...
  Tym razem już mnie nie bił...natomiast jego dłonie bez większego oporu wślizgnęły się pod moją koszulkę, a język spoczął na delikatnej skórze na szyi. "Dość! Przestań!" - krzyczałem w duszy. Nie mogłem nawet nic z siebie wykrztusić. Czując jego przenikliwy dotyk, to jak robi to czego nie powinien sprawiało ból. Ból w sercu jakiego nie mogłem opisać. Zwijałem się z przyjemności, a jednak płakałem jak małe dziecko prosząc, żeby przestał....
Żałosny Harumi, czego ty w końcu chcesz...~
Kolejny ranek. Minęły już dwa tygodnie od tamtego zdarzenia, a ja nadal czuje się jakby to było wczoraj. Pamiętam każdy szczegół. Każdy, nawet ten najmniejszy! Podniosłem się jeszcze z bólem po ostatniej nocy. Przeczesałem brązowe włosy, by chociaż troszkę pozbyć się niechcianych kosmyków z twarzy.
-Harumi.... wstałeś? - usłyszałem męski, subtelny głos, oraz dochodzące delikatne stukanie do drzwi. Za każdym razem kiedy wypowiadał moje imię.. czułem się dziwnie. Wypowiadał je naprawdę często, zwłaszcza wtedy kiedy dotykał mnie w tych miejscach, w których nie powinien. Okropne uczucie. Miałem wrażenie jakbym na własne życzenie rozrywał swoje serce, oraz uczucia jakie żywiłem do swojego bliźniaka. Z której strony by na to nie spojrzeć to jednak nic oprócz więzi rodzinnych nas nie łączyło. A przynajmniej tak to wyglądało z jego strony. Ja nigdy nic mu nie powiedziałem, bo nie czułem takiej potrzeby. On jest jedyną osoba, która bez względu an wszystko nigdy mnie nie zostawi. Rodzina to jednak rodzina. To coś głębszego niż tylko pusta przyjaźń, która zazwyczaj okazuje się być całkowicie fałszywa. - Haaaaru! - przeciągnął moje imię w tak charakterystyczny dla niego sposób. Tego zdrobnienia używało bardzo mało osób, gdyż ja nigdy nie pozwalałem tak do siebie mówić. Kira natomiast w żadnym razie nie zamierzał mnie słuchać, i po prostu robił to co uważał i na co miał ochotę. - Wychodzimy z tej ponurej nory. Nauczę cie trochę tego jak będziesz musiał żyć, na wypadek gdyby mnie zabrakło.
Po tych słowach po prostu się oddalił. Tak mi się wydawało. Kolejne 15 minut zabrało mi ubieranie się i ogarnianie całokształtu. Przecież ja też jakoś muszę wyglądać. Ciemnowłosy chłopak dał mi broń, wytłumaczył wszystko co niezbędne do tego by przeżyć. Czy on naprawdę myśli, że ja będę w stanie tego użyć przeciwko .... jakiejś osobie? Nie mogę unieść ręki, żeby kogoś uderzyć, a co dopiero strzelić.... zranić. Nie miałem w zwyczaju robić komuś krzywdy, której sam nie chciałbym by mi wyrządzono....
[...]
Po godzinie byliśmy już na zewnątrz. W maskach. Może o tym nie wspomniałem, ale w tym budynku, gdzie się znajdowaliśmy - nie musieliśmy ich nosić. Tam powietrze było regularnie oczyszczane. W ogóle... to byłem w niezłym szoku widząc to jak sobie dobrze tutaj radzą... radzi, bo jeszcze nie widziałem tutaj żadnych innych ludzi, ale skoro Kira biega tutaj z bronią.... to jednak coś musi być na rzeczy. Nie wydaje mi się, żeby tak duży kaliber był przetrzymywany jedynie w celu strzelania do nienormalnych naukowców.
-Nie oddalaj się, a jeśli usłyszysz jakieś głosy to po prostu się schowaj. W razie czego... - wskazał na mały pistolet, który trzymałem w ręku - .... to jest naładowane i gotowe by cie obronić. Tylko nie panikuj. - poklepał mnie po główce jak małe dziecko po czym się oddalił. Wytłumaczył mi wcześniej, ze raz w tygodniu na miasto zrzucane są skrzynki z lekami, jedzeniem, bronią... miały na celu zaopatrzyć tych wszystkich w tym ośrodku, jednak my, żeby przeżyć, musieliśmy je jakoś przejmować. Tym właśnie zajmował się mój teraźniejszy "opiekun". W tym przypadku musiałem posłuchać go choćby nie wiem co. Wierzyłem, że mimo wszystko raczej nie dałby mnie skrzywdzić.
   Ruszyłem przed siebie, powolnym, ociężałym krokiem. Mówił on mniej więcej tyle, ze nawet nie mam ochoty żyć, a jestem tutaj z przymusu.  W pewnym momencie usłyszałem głos. A właściwie to dwa, ale ten jeden przypominał coś na pograniczu terkotu jakiegoś starego radia. Przylgnąłem do najbliższej ściany starając się uniknąć kontaktu wzrokowego, ale jak widać... bardzo kiepsko szła mi gra w chowanego, gdyż (w tamtej chwili) nieprzyjaciel od razu mnie zauważył i nim zdążyłem zareagować: przewrócił mnie i wycelował jakąś większa bronią prosto w moją skroń. Moje źrenice zmniejszyły się w niemałym zdziwieniu. Było one spowodowane nie faktem, ze ktoś do mnie mierzy, a bardziej tym.... kto tak właściwie znajduje się właśnie nade mną. Byłem jak sparaliżowany, bo do samego końca nie wiedziałem, czy kulka jednak wbije się w moją czaszkę.
-Kenji... - szepnąłem zszokowany i jednocześnie zawiedziony. Czy mój brat.... był by w stanie nacisnąć spust?
------------------------------------------
Autor - Tavve
Adnotacja - Przepraszam za małe
opóźnienie, ale zapomniałam ustawić datę
wstawienia posta ;-;

piątek, 12 lutego 2016

Rozdział 4- Czy było warto?

    - Harumi!- wrzasnąłem na całe gardło. Wstałem w jednym ułamku sekundy, złapałem go za nadgarstek i pociągnąłem go w bok, może nieco zbyt mocno, gdyż uderzył w lepką od brudu ścianę. Wszystko wydarzyło się wręcz za szybko. Nie mogłem pozwolić go skrzywdzić. Nie pozwoliłem zrobić mu krzywdy.
   Padł strzał. przebił mi ramię. Moje nogi ugięły się pod moim własnym ciężarem. To było za dużo jak na jeden dzień. Spojrzałem na Harumi'ego i uśmiechnąłem się do niego z otuchą.
- Kurwa, spudłowałem- 
warknął sam do siebie mężczyzna. Nie sądziłem, że naszym oprawcą będzie On. Sądziłem, że uda nam się uciec, a jeśli nam się nie uda, że wpadlibyśmy w ręce strażników. Nie Jego.
- K-Kenji....-
wyjąkał, widząc mnie w takim stanie. Mimo to nadal próbowałem zachować pozory.
- Uciekaj Harumi- powiedziałem dość łagodnie, a zarazem przekonująco. Próbowałem ukryć to, że głos mi się załamuje. To wcale nie było łatwe, choć cieszyłem się w środku, wiedząc, że zdążyłem. Szkoda, że własnym kosztem. Chyba powiedzieć: "Trudno", tutaj nie pasuje, co? Powoli traciłem świadomość tego co się dzieje wokòł mnie. Nawet krzyk bliźniaczego brata był zagłuszony. Wiedziałem jednak, że wyzywa mnie od debili i innych istot jednokomórkowych. No cóż, zrobiłem to, co uważałem za słuszne. Widziałem zamazany obraz chłopaka, który złapał Harumi'ego i zaczął wlec mimo jego wyraźnego sprzeciwu. Prosiłem aby uciekał, ale On go złapał. Nie mogłem już się nawet ruszyć. Podniosłem tylko lekko rękę. Zdawało mi się, że waży jakieś 30 kilo. Szybko opadła bezwładnie. Zamknąłem oczy, próbowałem uspokoić oddech. Słyszałem kroki, jednak to nie były dobrze mi znane ciężkie stawianie stóp Jego. Były one bardzo lekkie, jakby owa osoba tylko delikatnie się odbijała od podłoża, zamiast stąpać po ziemi. Tylko tyle usłyszałem. Potem już całkowicie straciłem przytomność.

- Harumi...- mruknąłem marszcząc brwi. Nie byłem tego do końca świadomy. Ciężko było być świadomym, gdy się straciło przytomność na dłuższy czas- Harumi!- krzyknąłem, otwierając oczy i podnosząc siè do pozycji siedzącej. Od razu poczułem promieniujący ból, który ogarnął moje ramię, aż do piersi. Jęknąłem z bólu i zacisnąłem rękę na miejscu rany. Poczułem na nim materiał, inny niż ten, którego używano do więziennych obrań. Zerknąłem na ową część ciała. Była pokryta dokładnie bandażem. Zdziwiło mnie to wszystko. Błyskawicznie przypomniałem sobie co się stało. Chciałem się podnieść, jednak byłem o wiele za słaby. Moje nogi były jak wata. Mimo to i tak uparcie wstałem, aby paść z powrotem na miękkie podłoże. Było to normalne łóżko. Dopiero teraz zauważyłem, że nie jestem w dobrze znanym mi więzieniu, ale w domu. W drobnym pomieszczeniu o ścianach w kolorze głębokiej czerwieni, która wręcz przyprawiała o niepokój. Farba schodziła już ze ścian. Łóżko nie było nowe, podobnie jak i dębowa szafka, która wyglądała jakby miała się zaraz rozsypać na drzazgi.
  Bałem się o Haru. Nie wiedziałem, gdzie jest, co się z nim dzieje... czy w ogóle przeżył. Poszukałbym go od razu, jednak moje nogi odmawiały mi posłuszeństwa po tamtym dniu. Ba, nawet nie wiedziałem, jaki mamy dzień, ile minęło od tamtego zdarzenia. Nie wiedziałem nic, prócz tego, że muszę stąd jak najszybciej wyjść.
  Skrzypiące, wręcz doprowadzające do szału, drzwi otworzyły się powoli. Do środka weszło coś, co na początku zaparło mi dech w bolącej klatce piersiowej. Nie rozpoznałem płci. Osoba była za maską. Nic dziwnego, aż do ud miało mechaniczne ubranie. Gdzieniegdzie świeciły niebieskie diody, które były idealnie ułożone. Mechaniczne dłonie były przerośnięte, a twarz zasłaniała szybka. Przyznam przypominało nieco czarnego Iron Man'a z ogonem. Na mostku i na dłoniach znajdowały się "dziury" wypełnione niebieskim światłem. Odsłonięte uda były wręcz śnieżnobiałe. Na szyi za to było coś co wcale by nie pasowało do mechanicznego stroju. Czerwony szalik. Odsunąłem się nieco w kąt łóżka. Nie chciałem mieć z tym czymś nic wspólnego.
Nawet jeśli zachęcała mnie taca z jedzeniem jaka została przyniesiona przez to coś. Nie miałem nawet czy się bronić, gdy się zbliżało. Kręciło lekko ogonem, idąc spokojnym, lekkim krokiem w moją stronę. Usiadło obok i przysunęło mi jedzenie, nie miałem nawet gdzie ani jak uciec. Co mogłem zrobić? Stworzenie wyjęło strzykawkę z przezroczystym płynem, który dobrze znałem. Podawali mi go jeszcze rok temu. Odtrutka. Chwyciło moją maskę, odpinając pasy. Na początku spanikowałem, choć nie okazałem tego. Choć w spojrzeniu moja obawa i tak wyszła na światło dzienne. Zdjęło maskę filtrującą. Wstrzymałem na chwilę oddech, a osoba... robot podało mi odtrutkę i wskazało na jedzenie. Przekręciło przy tym lekko głowę jak zwierzę, które nie rozumie wydanego polecenia, a potem zrobiło coś co było dość zabawne. Wydało dźwięk jak BB-8. Nadal jednak starałem się zachować pozór tego, że mnie nie obchodzi czym jest.
Wziąłem kęs bułki i popiłem mlekiem. To było o wiele lepsze jedzenie od tego, które dostawaliśmy w więzieniu. Tam nawet zdechłe muchy były lepsze. Wciskałem się wręcz w oparcie łóżka. Może to coś mnie tuczy po to, aby mnie potem zjeść? Teraz nic nie jest pewne, a krwiożercze bioroboty są realne. 
- Gdzie jestem?- spytałem, mając nadzieję, że odzyskam normalną odpowiedzieć. Jednak nie przyniosło to wyczekiwanego rezultatu, więc jadłem dalej w ciszy. Wyszło z pokoju, po chwili jednak wróciło z jakimś sporym papierkiem. Jak się okazało chwilę potem, gdy jednostka rozłożyła je na łóżku, że to mapa terenu. Było w na niej wszystko, włącznie z tajnymi wyjściami z więzienia. Wskazała na mi mały kwadracik przy starym parku- tutaj się znajdowaliśmy.
- Pomożesz mi?- spytałem po chwili.- Muszę odnaleźć brata, może widziałeś dwóch gości, którzy stąd wychodzą? Jeden się wyrywał drugiemu- oznajmiłem, zakładając z powrotem maskę. Podeszło do długowiecznej szafki. Z niej wyjęło broń, dwie sztuki. Jedną podało mi. Uznałem to za zgodę.
[...]
- Twój brat tak czy inaczej by nie przeżył. To, że chciał cię obronić to nie moja wina- mruknął Kira. Czyścił lufę swojej broni, siedząc pod mostem wraz z Haru.
- Jesteś idiotą! Mogliśmy mu jeszcze pomóc, a ty...- słowa ni przechodziły my przez gardło. Już 4 dzień się z tym zmagał. Odkąd tamten naukowiec postrzelił jego brata, to już był koniec. Kenji nie żył już czwarty dzień. Przynajmniej tak myśleli. Kira znalazł Harumi'ego, gdy naukowiec ciągnął go do więzienia, jednak nie przez ścieki. Wolał iść normalną drogą. Chłopak zastrzelił szaleńca, a od bliźniaka Kenji'ego dowiedział się co się stało. Wiedział, że jest już za późno na pomoc, więc nawet nie miał zamiaru się narażać. Po prostu zabrał Haru, gdzieś w miasto, od tamtej pory trzymali się razem.
- Jestem Kira. Słuchaj nie przeżywaj tak. Nie pomógłbyś mu. Nie ważne jak szybko byśmy tam dotarli, znaleźlibyśmy go tam martwego- wstał. Zbliżył się do niego i przytulił widząc, że jest roztrzęsiony. Westchnął.
- Kłamiesz...-  mruknął. Chciał się wyszarpnąć, jednak on mu na to nie pozwolił.
- Jesteś cholernie uparty- zaśmiał się drwiąco. Podniósł jego podbródek, a na jego ustach złożył pocałunek.

--------------------------
Autor: Turlajdropsa
Adnotacja: BB-8 to droid z Gwiezdnych Wojen.

piątek, 5 lutego 2016

Rodział 3 - Sztuka wyboru.

Wyjdź i skieruj się do wyjścia... wyjdź i skieruj się do wyjścia
   Słowa, które nieustannie krążyły po mojej głowie. Z której strony by nie spojrzeć to jednak.. zostawiłem tam brata. Tam w środku, gdzie wręcz roiło się od tych pojebanych ludzi. Chcieli nas zamknąć jak w izolatkach. Jak zwierzęta....
Biegłem przed siebie nawet nie oglądając się. Po co? To tylko spowolniłoby moje i tak bardzo wolne tępo. Bez opamiętania słuchałem brata, bo chociaż był tak wybuchowy to zazwyczaj jego plany były nadzwyczaj dobre. Dobre dopóki coś pójdzie nie tak. Usłyszałem strzał. Już nie pierwszy i pewnie też nie ostatni. Ten był inny. Wszystkie poprzednie szły seriami i na jednym się nie kończyło, po tym natomiast nastała głucha cisza. Nic nie słyszałem więcej. Byłem już praktycznie przy wyjściu. Białe światło dnia oślepiało mnie, mimo, że było tak oddalone. W tym dzikim będzie całkowicie zapomniałem o fakcie, jak niebezpieczni mogą okazać się ci ludzie. Zatrzymałem się targany negatywnymi i całkowicie sprzecznymi emocjami. W tym momencie słowa wypowiedziane przez Kenji'eg były zamglone cholerną troską i strachem przed utrata kogoś, kogo kocham. Stałem tak ze spuszczona głową i oczami niczym u kota. Moje źrenice musiały teraz wyglądać jak po niezłej dawce narkotyków. Bałem się obejrzeć. Moje ręce, nogi... straciłem nad nimi panowanie. 
"Na co ty czekasz? Biegnij po niego, albo zawróć
i żyj ze świadomością, że zabiłeś własnego brata..."
Myśli jakie przechodziły mi przez głowę... były straszne. Co miałem z tym wszystkim zrobić!? Nawet mi się nie śniło, że kiedykolwiek będę sprzeciwiał się o kilka minut starszemu bliźniakowi! Nigdy. Nigdy nie chce tego robić, a jednak coś nie pozwalało mi biec dalej. Ostatecznie zacisnąłem zęby, pięści... do tego stopnia, ze moje ręce wręcz zbialały. Nie widziałem tego z powodu panującej dookoła ciemności, mimo wszystko czułem jak krew wręcz z nich odpływa. Dziwne osłabiające uczucie, a już za moment ogromna siła. Adrenalina, co? Ciekawe co potem ten cały wysiłek zrobi z naszymi ciałami. Ogromne cierpienie, ból - już sobie to wyobrażałem na samym wstępie. Nie ważne. Teraz miałem inne priorytety. Odzyskując odwagę i to co do tej pory utrzymywało mnie przy życiu - odwróciłem się natychmiast z zamiarem odzyskania brata. Strzały ucichły już wcześniej więc coś było nie tak. Ciche kroki napastnika. Tylko tyle słyszałem chowając się za jedną ze ścian. Były jakieś dziwne. Nieregularne i takie... takie jakby ktoś wręcz wlókł swoje odnóża po podłodze. Musiałem przebiec na drugą stronę kanału, ale w obecnej sytuacji było to wręcz niemożliwe. Uspokoiłem oddech. Starałem się być jak najciszej, tylko po to by ten co właśnie pełzał w moją stronę mnie nie usłyszał.Trzy.. dwa... jeden... już miałem zamiar wybiec i właściwie staranować napastnika. Wymagało to ogromnych pokładów silnej woli, gdyż ja nie byłem tak bardzo odważny jak brat i zazwyczaj kierowałem się zdrowym rozsądkiem. Wybiegłem tak szybko, że w tym momencie zatrzymanie się było praktycznie niemożliwe. Gdy jednak zobaczyłem kto tak naprawdę ciągnie swoją... nie dwie, a jedną nogę za sobą: osłupiałem. Starałam się zatrzymać nogi, ale zrobiłem to tak raptownie, że za momencik skończyłem na tej ohydnej, brudnej ziemi.
-Ke.... - otworzyłem usta z zamiarem wypowiedzenia czegokolwiek, jednak głos ugrzął mi gdzieś w gardle i nawet nie zamierzał stamtąd wyjść. Nadal nic nie widziałem, choć moje oczy przyzwyczaiły się w pewnym stopniu do ciemności. Co z tego... nawet nie widząc, mogłem stwierdzić, że stan Kenji'ego nie jest taki jak jeszcze przedtem kiedy mieliśmy okazję się rozstać. 
-Co ty tu robisz debilu!!! Kazałem ci uciekać! Teraz nawet nie jestem w stanie... - zerwał się z dotychczasowej pozycji, tak żeby wstać. Marnie mu to wyszło, bo nawet nie udało mu się dokończyć wcześniej zaczętego zdania. Czułem krew. Metaliczny zapach - coś strasznego. Na sam jej widok robiło mi się nie dobrze, dlatego właśnie teraz w pewnym stopniu zacząłem doceniać te całe ciemności. Bliźniak tak szybko jak zamierzał wstać, to teraz leżał praktycznie na mnie. Tyle tylko udało mu się zrobić. Nie miał nawet siły by skończyć mnie opieprzać. Może z jednej strony to dobrze. Eh... czy to źle, że się o niego martwiłem?
   Byłem tak przerażony, że nawet nie mogłem się wypowiedzieć. Z resztą... tak jak przez dłuższy czas. Mój wzrok utkwiony był w czarnowłosą postać leżącą na moich kolanach. Jak tak dalej pójdzie to teraz na pewno nas złapią. Podniósł głowę, sprawił, że nasze spojrzenia spotkały się ze sobą. Byłem jak zaczarowany. Jak w głębokim transie lub zahipnotyzowany. Miałem wrażenie jakby w tych szarych perełkach właśnie odbijały się tysiące wyzwisk na temat tego jak lekkomyślnie postąpiłem. No tak.. w przeciwnym razie zginął by tylko jeden, czyż nie? Głupta. Jak on w ogóle mógł myśleć, ze wyjdę stąd pozostawiając go na pastwę losu tym zbzikowanym ludziom w fartuszkach.Po kilku minutach bezsensownego wpatrywania się w siebie: w końcu postanowiłem się podnieść. Było to bardzo trudne do osiągnięcia, gdyż Kenji nie miał już siły by chociaż wstać. Co ja mam robić... Myśl Haru... myśl..
Rozejrzałem się dookoła szukając choćby jakiejś znikomej pomocy. Na próżno. Nic co tutaj się znajdowało nie mogło mi w żaden sposób pomóc wynieść stąd Bliźniaka.[...]
   Ostatnią rzeczą, którą mogłem zrobić w tym momencie było po prostu wyniesienie go z tej ogromnej paszczy lwa. Był właściwie tej samej wagi co ja... wzrost ten sam. Hmm.. miałem jakieś dziwne wrażenie, że mimo to, daleko go nie zaniosę. Chłopak wdrapał się na moje plecy, przy tym wydając tylko delikatne syknięcia. Z bólu zapewne. Jak na postrzelonego w udo to i tak był bardzo dzielny. Ktoś przecież musi trzymać ten fason i udawać wiecznie odważnego, a skoro nie byłem to ja, to ta rola przypadła Kenji'emu. Szedłem powoli, patrząc i wymierzając każdy swój następny krok. Gdybyśmy się przewrócili to nie dość, że spowodowałbym jeszcze większe szkody u niego, to pewnie sam bym na tym ucierpiał.
-Jeszcze... kawałek... - motywowałem sam siebie, bo powoli zdawałem sobie sprawę z tego, że długo już nie dam rady go nieść. Będąc już praktycznie przy samym wyjściu: ponownie usłyszałem krzyk. Jak to? Przecież odpuścili! Po co im tak nędzni chłopcy. Z własnych obserwacji mogłem stwierdzić, że mieli tam o wiele ciekawsze osoby niż my. Biegli za nami aż do samego końca.
Starałem znaleźć jakąś kryjówkę z czego udało mi się jedynie wepchnąć nas do małej szczeliny między jakimiś zabudowaniami.
-Siadaj, i nigdzie się stąd nie ruszaj. - wyrównanie oddechu po tak długim, wyczerpującym kawałku z hipopotamem bratem na plecach było praktycznie niemożliwe. - Idę sprawdzić jak daleko są. - myślałem, że trochę mniej będzie protestował, podczas gdy on normalnie przykleił mi się do nogi.
-Nie idź Haru. Oni cie zabiją! - wykrzyczał ostatnie jednocześnie zadzierając główkę do góry (ja stałem a on siedział) - Straciłem rodziców, nie chce stracić jeszcze brata! - miałem wrażenie jakby w jego oczach pojawiły się dawno nie spotykane słone krople. Sam byłem tym widokiem nieźle zdziwiony. Czy sytuacja stała się, aż tak poważna, że nawet nie zauważyłem jak bardzo ryzykuję? Nawet jeśli... miałem teraz coś do zrobienia. Jeżeli nie zaryzykuje i nie dowiem się, gdzie tak naprawdę są - nie tylko ja stracę życie. Wyrwałem się z uścisku czarnulka i po cichutku wypatrywałem wroga. Heh! Nie ma ich. Zgubili się, gdzieś w kanałach. I bardzo dobrze. Już miałem zamiar wrócić, jednak kiedy już się odwróciłem: zaparło mi dech w piersiach. Ten sam, jeden największy szaleniec z ośrodka mierzył właśnie pistoletem wprost w głowę postrzelonego chłopaka. Moje źrenice zmniejszyły się pokazując mój ogromny lęk. Kiedy mój strach został w miarę ogarnięty, nawet nie czekając dłużej - ruszyłem w stronę napastnika. W ostatniej chwili stanąłem między nim, a swoim sprzymierzeńcem. Rozłożyłem ręce na bok, a moja mina nie wyrażała w tym momencie nic więcej jak tylko wszechogarniającą złość. Gdybym tylko miał broń w rękach... i trochę więcej odwagi.
-Chyba złą opcje wybrałeś... - wyszczerzył białe zęby mężczyzna stojący przede mną. Zwątpiłem. Ten uśmiech oraz palec na spuście mówił wszystko. Czy ja naprawdę chciałem tak skończyć? - Dobranoc - szepnął po czym powolutku nacisnął to czego się tak obawiałem. Przed tym byłem całkowicie głuchy na wszelkie inne odgłosy, a jedyne co w tym momencie zapamiętałem to rozpaczliwe: Harumi....

-----------------------------------
Autor - Tavve
Adnotacja - Zginął czy może żyje? 
Ciekawe kto już się domyśla co się wydarzy :)