piątek, 19 lutego 2016

Rozdział 5 - Tęsknota boli na wiele sposobów.

 Gdzie jest Kenji? Dlaczego mnie obronił i tak bezsensownie kolejny już raz wziął na siebie coś, co tak naprawdę było wymierzone we mnie. Choć jesteśmy bliźniakami, to tak w głębi serca czuje... jakby był on starszy ode mnie przynajmniej o rok. Pod jego skrzydłami czułem się bezpiecznie. Czułem jakby nikt nie miał prawa mnie skrzywdzić. Brutalna rzeczywistość psuła mi wszystkie dotychczasowe przekonania i marzenia. Dlaczego wszystkim tak bardzo zależało na naszym nieszczęściu... [...]
   Jakiś czas po tym zdarzeniu, chłopak imieniem Kira przygarnął mnie do siebie. Stwierdził, ze jestem słaby i bezbronny. Kompletnie nie znam się na otaczającym mnie świecie, chociaż wiedziałem o nim dość sporo. Czym prędzej zabrał mnie od miejsca zdarzenia - zabił szalonego naukowca z bronią, który kilka minut wcześniej postrzelił po raz drugi mojego brata. Krzyczałem, szarpałem się, ale to wszystko nie zdało się na nic. Wyższy ode mnie mężczyzna doskonale wiedział, że nie będzie łatwo zabrać mnie z miejsca zdarzenia, dlatego skutecznie uciszył mnie ciosem w głowę. Nie czułem bólu, od razu zemdlałem, a w głowie pozostało mi tylko dziwne wrażenie, że kiedy później sobie o tym przypomnę to będę głośno płakał. [...]
   Bawił się mną niczym nowo zdobytą zabawką. Śmiał się, dogryzał, a mimo wszystko bardzo mnie wspierał i pilnował, by nie stała mi się krzywda. Cały mój świat od tamtego zdarzenia stał się szary, pozbawiony kolorów i jakichkolwiek miłych doświadczeń. Mój wzrok nigdy nie podnosił się wyżej niż na tyle, by po prostu ujrzeć przedmioty jakie ewentualnie mogłyby stanąć mi na drodze.
I tak byśmy go nie uratowali. Nic byś nie zrobił
Przez moją głowę odbijały się głębokim echem słowa Kiry. Nie wiem dlaczego, ale jego imię bardzo ciężko przechodziło mi przez gardło. Winiłem go za śmierć brata, choć tak naprawdę zawdzięczałem mu życie. Ehhh... co to za życie, kiedy nie ma przy mnie najważniejszej osoby, jaka kiedykolwiek stąpała po tej okrutnej ziemi. 
-Harumi. Zjedz coś w końcu, bo nabawisz się jeszcze większej anoreksji niż masz dotychczas! - krzyknął na mnie, jednocześnie stawiając przede mną miskę z owsianką. Znowu to samo... czy tutaj nie ma kompletnie nic innego do żarcia!? - Słuchasz mnie w ogóle? - zapytał już nieco ciszej, przytulniej. Nie chciał mnie zapewne wystraszyć, choć.... nie wiem czy dało się jeszcze bardziej. Tak. Byłem okropnie przerażony. Nie dam sobie rady sam. Bez brata. Bez mojego bliźniaczego wsparcia. Kompletnie nie udzielałem mu żadnych odpowiedzi, przez co tylko bardziej prowokowałem go do przemocy. Chwycił mnie za koszulkę i uniósł na tyle bym w końcu zrównał z nim spojrzenia. Oczy chłopaka miały kolor zielony. Były tak głębokie i piękne, jednak widziałem w nich wiele cierpienia. Dokładnie takiego samego jakim byłem wypełniony od kilku dni. 
-Puść. - mruknąłem niczym niewzruszony. Uniosłem jedną dłoń i złapałem go w nadgarstku dając mu wyraźnie do zrozumienia, żeby w końcu postawił mnie na ziemię.
http://41.media.tumblr.com/697e9fd91deeadfefcb9eca09cc9834c/tumblr_ni8redWfRF1tep9vso1_500.jpg- Dość. Jeśli nie będziesz nic jadł to zginiesz tak jak twój brat! - doskonale wiedział, gdzie wymierzyć cios, bym w końcu zaczął słuchać i wyciągać jakiekolwiek wnioski. Otworzyłem szczerzej oczy ze zdziwienia. Nie, nie... to raczej była obawa przed tym co za chwile mogę od niego usłyszeć, bo pewnie na tym się nie skończy. - Odkąd tutaj jesteś, jeszcze nic nie zjadłeś, chudniesz z dnia na dzień. Weź się w garść! - tym razem już nie wytrzymał i zdzielił mnie pięścią w twarz. Poczułem jak ból rozkłada się po całej mojej twarzy. Nie skupiłem się zbyt długo na tym, gdyż za chwilę poczułem też to przeszywające uczucie w górnej części moich pleców. Zderzyły się one bowiem z płaską powierzchnią podłogi. Już myślałem, że to koniec na dzisiaj. Za każdym razem tak to się kończyło, gdyż byłem tak nieprzystępny, że kompletnie nie zamierzałem go słuchać. Denerwował się za każdym razem, co kończyło się albo ciosem, ale.... w łóżku. Tak właśnie odgrywał się na mnie za to, co robię. Za to, że lekceważę jego polecenia i tak właściwie sam spisuję się na śmierć.
   Podniosłem się do siadu, aczkolwiek moja głowa nawet nie zamierzała się podnieść wyżej niż na buty ciemnowłosego. Ponownie chwycił mnie tym razem za nadgarstek. Podniósł nieznacznie i oparł brutalnie o odrapaną z farby ścianę. Opiekował się mną, a jednak oczekiwał czegoś w zamian. Nie chciałem... Nie chce tego robić, a jednak nie mogę się oprzeć. Już nie mam siły. Czasami brakuje mi ich nawet by zwlec się z łóżka. Chce zamknąć oczy i nigdy się nie obudzić...
  Tym razem już mnie nie bił...natomiast jego dłonie bez większego oporu wślizgnęły się pod moją koszulkę, a język spoczął na delikatnej skórze na szyi. "Dość! Przestań!" - krzyczałem w duszy. Nie mogłem nawet nic z siebie wykrztusić. Czując jego przenikliwy dotyk, to jak robi to czego nie powinien sprawiało ból. Ból w sercu jakiego nie mogłem opisać. Zwijałem się z przyjemności, a jednak płakałem jak małe dziecko prosząc, żeby przestał....
Żałosny Harumi, czego ty w końcu chcesz...~
Kolejny ranek. Minęły już dwa tygodnie od tamtego zdarzenia, a ja nadal czuje się jakby to było wczoraj. Pamiętam każdy szczegół. Każdy, nawet ten najmniejszy! Podniosłem się jeszcze z bólem po ostatniej nocy. Przeczesałem brązowe włosy, by chociaż troszkę pozbyć się niechcianych kosmyków z twarzy.
-Harumi.... wstałeś? - usłyszałem męski, subtelny głos, oraz dochodzące delikatne stukanie do drzwi. Za każdym razem kiedy wypowiadał moje imię.. czułem się dziwnie. Wypowiadał je naprawdę często, zwłaszcza wtedy kiedy dotykał mnie w tych miejscach, w których nie powinien. Okropne uczucie. Miałem wrażenie jakbym na własne życzenie rozrywał swoje serce, oraz uczucia jakie żywiłem do swojego bliźniaka. Z której strony by na to nie spojrzeć to jednak nic oprócz więzi rodzinnych nas nie łączyło. A przynajmniej tak to wyglądało z jego strony. Ja nigdy nic mu nie powiedziałem, bo nie czułem takiej potrzeby. On jest jedyną osoba, która bez względu an wszystko nigdy mnie nie zostawi. Rodzina to jednak rodzina. To coś głębszego niż tylko pusta przyjaźń, która zazwyczaj okazuje się być całkowicie fałszywa. - Haaaaru! - przeciągnął moje imię w tak charakterystyczny dla niego sposób. Tego zdrobnienia używało bardzo mało osób, gdyż ja nigdy nie pozwalałem tak do siebie mówić. Kira natomiast w żadnym razie nie zamierzał mnie słuchać, i po prostu robił to co uważał i na co miał ochotę. - Wychodzimy z tej ponurej nory. Nauczę cie trochę tego jak będziesz musiał żyć, na wypadek gdyby mnie zabrakło.
Po tych słowach po prostu się oddalił. Tak mi się wydawało. Kolejne 15 minut zabrało mi ubieranie się i ogarnianie całokształtu. Przecież ja też jakoś muszę wyglądać. Ciemnowłosy chłopak dał mi broń, wytłumaczył wszystko co niezbędne do tego by przeżyć. Czy on naprawdę myśli, że ja będę w stanie tego użyć przeciwko .... jakiejś osobie? Nie mogę unieść ręki, żeby kogoś uderzyć, a co dopiero strzelić.... zranić. Nie miałem w zwyczaju robić komuś krzywdy, której sam nie chciałbym by mi wyrządzono....
[...]
Po godzinie byliśmy już na zewnątrz. W maskach. Może o tym nie wspomniałem, ale w tym budynku, gdzie się znajdowaliśmy - nie musieliśmy ich nosić. Tam powietrze było regularnie oczyszczane. W ogóle... to byłem w niezłym szoku widząc to jak sobie dobrze tutaj radzą... radzi, bo jeszcze nie widziałem tutaj żadnych innych ludzi, ale skoro Kira biega tutaj z bronią.... to jednak coś musi być na rzeczy. Nie wydaje mi się, żeby tak duży kaliber był przetrzymywany jedynie w celu strzelania do nienormalnych naukowców.
-Nie oddalaj się, a jeśli usłyszysz jakieś głosy to po prostu się schowaj. W razie czego... - wskazał na mały pistolet, który trzymałem w ręku - .... to jest naładowane i gotowe by cie obronić. Tylko nie panikuj. - poklepał mnie po główce jak małe dziecko po czym się oddalił. Wytłumaczył mi wcześniej, ze raz w tygodniu na miasto zrzucane są skrzynki z lekami, jedzeniem, bronią... miały na celu zaopatrzyć tych wszystkich w tym ośrodku, jednak my, żeby przeżyć, musieliśmy je jakoś przejmować. Tym właśnie zajmował się mój teraźniejszy "opiekun". W tym przypadku musiałem posłuchać go choćby nie wiem co. Wierzyłem, że mimo wszystko raczej nie dałby mnie skrzywdzić.
   Ruszyłem przed siebie, powolnym, ociężałym krokiem. Mówił on mniej więcej tyle, ze nawet nie mam ochoty żyć, a jestem tutaj z przymusu.  W pewnym momencie usłyszałem głos. A właściwie to dwa, ale ten jeden przypominał coś na pograniczu terkotu jakiegoś starego radia. Przylgnąłem do najbliższej ściany starając się uniknąć kontaktu wzrokowego, ale jak widać... bardzo kiepsko szła mi gra w chowanego, gdyż (w tamtej chwili) nieprzyjaciel od razu mnie zauważył i nim zdążyłem zareagować: przewrócił mnie i wycelował jakąś większa bronią prosto w moją skroń. Moje źrenice zmniejszyły się w niemałym zdziwieniu. Było one spowodowane nie faktem, ze ktoś do mnie mierzy, a bardziej tym.... kto tak właściwie znajduje się właśnie nade mną. Byłem jak sparaliżowany, bo do samego końca nie wiedziałem, czy kulka jednak wbije się w moją czaszkę.
-Kenji... - szepnąłem zszokowany i jednocześnie zawiedziony. Czy mój brat.... był by w stanie nacisnąć spust?
------------------------------------------
Autor - Tavve
Adnotacja - Przepraszam za małe
opóźnienie, ale zapomniałam ustawić datę
wstawienia posta ;-;

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz