sobota, 21 maja 2016

Rozdział 8 - Czasami coś czego się nie spodziewamy, okazuje się być ratunkiem.

- Haru...- kucnąłem przy nim, widziałem jego mieszane do mnie uczucia. Sam nie wiedziałem co mam mu powiedzieć. Przeprosić? Możliwe, ale wątpiłem w to, że to cokolwiek zmieni. Ciężko w końcu pogodzić się z tym, co mogło się stać. Miałem z tego powodu wyrzuty sumienia, jak i przez to jak go potraktowałem. Tak się nie zachowuje brat.
-Powiedziałem ci coś, tak?- warknął cicho lekko podnosząc swoje ciało do pozycji siedzącej. Nie widziałem tego, ale miałem świadomość, że zaciska dłonie w pięści- Masz sobie iść!- krzyknął dość wyraźnie, jakbym miał rozum przedszkolaka i wcale nie rozumiał jego słów. W tym problem, że one do mnie nie docierały. Wtedy podniósł na mnie szklisty wzrok. Spojrzałem mu w oczy, co sprawiło u mnie jeszcze większy żal. Zewnętrzną częścią dłoni otarłem jego, mokre od słonej wody, policzki, po czym przytuliłem go mocno do siebie. 
-Czy ty naprawdę tego chcesz? Naprawdę chcesz abym cię zostawił?
Sparaliżowało go na dość krótką chwilę. Czułem jak od jego nowych łez  przemaka materiał mojej cienkiej bluzki. Położył swoje ręce na mojej piersi, co zwróciło moją uwagę. 
- Sam mówiłeś... mówiłeś, że nie obchodzą cię moje łzy- odepchnął mnie błyskawicznie. - Zostaw mnie w spokoju... idź stąd- dodał po chwili. Odwrócił się do mnie plecami i znów wtulił się w poduszkę. Nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić. To tylko potwierdziło mnie w przekonaniu, że mój brat mnie nienawidzi. Co miałem zrobić? Zostawiłem go tam. Miałem tylko nadzieję, że Kira go nie skrzywdzi, ale to było praktycznie nierealne. 

* * *

  Wędrowałem między starymi budynkami, wędrując do bazy mojego metalowego kolegi, który szedł za mną, wydając swoje niezrozumiałe dźwięki. Jednak wyglądało jakby jakoś chciał mnie na swój sposób pocieszyć. Może zazwyczaj było to zabawne, ale nie w tym momencie. 
- Zamknij się w końcu- warknąłem- nie rozumiesz, że chcę być sam?- odwróciłem się na pięcie w jego stronę. Wydał przeciągliwy piskliwy dźwięk, który chyba wyrażał zawód, ponieważ robot spuścił głowę. Zaczęło mnie zastanawiać kto go stworzył i dlaczego jest tu, a nie w jakimś laboratorium. To była dość przerażająca myśl. Jeśli takie coś ucieka, to znaczy, że jest cholernie nieprzewidywalne. Może po prostu hoduje mnie tylko po to by potem z okrutną krwią zabić? Jakoś teraz nie to było dla mnie ważne. Mój brat i tak mnie nienawidzi, jaka to różnica jak zginę? I tak nikogo już nie będę obchodził, bo tunel, którym zmierzałem większość życia, jakoś ciągnąłem do przodu, właśnie się zamknął. Spojrzałem obojętnym wzrokiem na droida, w sumie nadal nie wiedziałem jak mam to nazywać, po czym westchnąłem- Przepraszam, ponosi mnie, czasem aż za bardzo- mruknąłem i kontynuowałem wędrówkę przed siebie, która wkrótce i tak miała dobiec końca. Wszedłem do opuszczonego budynku. W nim obecnie przebywałem, urządzenie poszło do siebie, a ja położyłem się na łóżku.
  Zastanawiałem się, czy dobrze zrobiłem zostawiając go... to tak jakby po prostu opuścił go, nie chcąc nigdy widzieć. Było jednak wręcz przeciwnie. Teraz wiedziałem jak głupio postąpiłem. Chciałem jeszcze dzisiaj wrócić, ale moja maska "postanowiła się" zepsuć. Dokładniej robot coś przy niej majstrował, gdy to zobaczyłem, spłoszył się i zniszczył jedyny filtr jaki przy niej miałem. Nie miałem, więc wyjścia jak tylko się położyć i czekać, aż to naprawi. Gdybym wyszedł teraz, to nawet nie przeszedłbym połowy drogi bez maski. Nerwy mnie ściskały w sidłach jak nigdy, każda myśl sprowadzała się do tego, co może zrobić z nim Kira. Jak może skrzywdzić mojego brata, jaką kolejną ranę zadać, co mu wmówić. Zerwałem się gwałtownie z łóżka z tego powodu, chcąc już ruszać. Nic z tego nie wyszło. Nadal maska była zepsuta jak i 10 minut temu. Tak, minęło 10 walonych minut, a ja już odchodzę od zmysłów. Czyżbym oszalał już całkowicie od tego wszystkiego?

* * *

  Nie można powiedzieć, że szedłem. Biegłem nawet nie patrząc pod nogi. To było przyczyną potykania się o każdy napotkany przedmiot. Nawet o własne stopy. Uderzyłem całymi dłońmi w metalowe drzwi kryjówki Haru i Kiry. Na kostkach zostały mi krwawe ślady, a na drzwiach wgniecenia. Nigdy nie sądziłem, że mam tyle siły. Za mną usłyszałem dobrze znany dźwięk.
- Pomógłbyś mi!- wrzasnąłem na urządzenie. Podeszło powoli i odsunęło mnie bardzo delikatnie. Zrobił coś na co ja bym po prostu nie wpadł pod wpływem złości... pociągnął za klamkę. Teraz nie dziwię się, że Harumi czasami nie potrafił ze mną po prostu wytrzymać. Od razu wpadłem do środka. Na oczy rzucił mi się chłopak, przytulający mocno mojego brata i muskający go po jego delikatniej szyi. Widziałem jego złośliwy uśmieszek na twarzy, który jeszcze bardziej mnie podsycał. Miałem ogromną ochotę rzucić się i rozerwać na strzępy.
- Och, Haru, zobacz kto przyszedł- zaśmiał się ironicznie. Od rzucenia się na niego dzieliła mnie cienka granica, która zaraz miała zostać przekroczona. Kira puścił mojego bliźniaka i wstał, pociągnął go nieco za siebie- Czego tu chcesz? Myślisz, że on chce z tobą rozmawiać? Zostawiłeś go, chciałeś postrzelić, mam wymieniać dalej?- mruknął, sięgając po dłoń chłopaka i chowając ją do kieszeni jego spodni. W jednej chwili zobaczyłem błysk przerażenia w oczach mojego brata.
- Jesteś złamanym chujem Kira, ty masz prawo mi wypominać, co zrobiłem źle? Sam nie jesteś święty, jedyne co robisz to krzywdzisz. Ja w porównaniu do ciebie dostrzegam to i chcę jakoś naprawić- powiedziałem pierwszy raz ze spokojem, który dawno gdzieś zanikł pod warstwą gniewu.  W jednej chwili z jego twarzy zszedł uśmiech, który gościł u niego sporo czasu. Jego lewa ręka zacisnęła się. W jednej chwili z kieszeni, w której była też dłoń Haru, została wyjęta broń. Trzymali ją obydwoje, choć drugi przymusowo.
- Kira, przestań!- jęknął.
- Zamknij się- wycelował we mnie. Wiedziałem, że nie uniknę tego pocisku. Po prostu przymknąłem oczy i usłyszałem głośny dźwięk wystrzeliwanego naboju.
Jednak ja nadal stałem w miejscu, bez bólu, bez żadnego śladu. Otworzyłem oczy. Przede mną stał mój metalowy przyjaciel. Ten widok, chyba sparaliżował nas wszystkich. Rana była na wysokości biodra. Padło na kolana. To co z niego ciekło, to wcale nie przypominało oleju. To była ludzka krew. Zdjęło metalowe rękawice, które padły ciężko na podłogę. Pod nimi chowały się wrażliwe na światło, blade ręce. Chwyciło z dwóch stron za kask, który był jednocześnie maską. Szarpało się z nią chwilę. Po czym ją zdjęło. Pokazały nam się blond włosy do ramion i twarz... dziewczęca twarz. Odwróciła głowę nieco w moją stronę. Po chwili na jej ustach dostrzegłem coś czego najmniej bym się spodziewał. To był słodki uśmiech.

---------------------------
Autor- Turlajdropsa


2 komentarze: